Emilia i Łukasz – mój pierwszy reportaż ślubny

Akt zerowy – jak do tego doszło

Historia zaczęła się od tego, że znajomi znajomych szukali fotografa na swój ślub, wybrali mnie i zwrócili się do mnie, czy jestem zainteresowany. Widzieli moje typowo amatorskie zdjęcia, podobały im się na tyle, że postanowili powierzyć mi bardzo ważne zadanie na jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu.

Zdjęcia ze ślubu są szczególnie ważną pamiątką, którą można po latach obejrzeć wyjmując album z szafki, otwierając galerię na Facebooku lub pudełko po butach, które leży pod łóżkiem. Wraca dużo wspomnień, wracają emocje tego dnia, cała rodzina, znajomi którzy wtedy z nami byli. Nie chcielibyście, żeby coś się z nimi stało albo żeby ktoś zrobił je źle 😉

Zdając sobie sprawę z odpowiedzialności, poziomu moich umiejętności, oczekiwań narzeczonych i wielu innych czynników, po namyśle się zgodziłem. W marcu podpisaliśmy umowę, zegar ruszył, ja też.

Przeanalizowałem mój sprzęt fotograficzny, znalazłem brakujące według mnie elementy do tego, żeby zrobić to dobrze. Zależało mi po pierwsze na tym, żeby klienci byli zadowoleni, a poza tym dla mnie to była bardzo dobra okazja, żeby zacząć budować portfolio, cały reportaż poprowadzony wyłącznie przeze mnie, cały worek doświadczenia do zgarnięcia. Nie będę w tym tekście poruszał spraw technicznych, odsyłając do innych wpisów powiem tylko, że postanowiłem wynająć dodatkowy aparat i obiektyw, kupić typową lampę reporterską na body oraz przenośną lampę o dużej mocy (tu nie ma tekstu, ale się pojawi, a jak będzie, to dam link).

Od marca do sierpnia wchłonąłem masę wiedzy, porad i odhaczałem kolejne punkty do przygotowania. W sierpniowy piątek zsynchronizowałem zegarki w aparatach, spakowałem się w plecak i fototorbę, naładowałem wszystkie akumulatory, poszedłem spać.

Nawet odkurzyć mogłem

Akt pierwszy, sobota, sierpień, popołudnie

Po dwóch godzinach drogi wysiadłem pod domem Pana Młodego, który razem ze świadkiem czekał na mnie. Przywitałem się z nimi, zmontowałem cały sprzęt na szelkach, założyłem na siebie, poprawiłem nonszalancko włosy które jeszcze mam na głowie i wkroczyłem do akcji jak bohater filmów z lat 80′ ale ubrany jak Bond (ja tak to zapamiętałem).

Poznałem bliską rodzinę młodego, żeby wiedzieć na kogo szczególnie zwracać uwagę. Łukasz zostawił do zdjęć kilka elementów garderoby do założenia, od razu zacząłem pracę z nim i Emilem (świadek). Nerwy powoli schodziły z Pana Młodego, licznik wolnego miejsca na aparacie schodził w dół, nerwy schodziły ze mnie, było dobrze 🙂

Po zebraniu materiału i zrobieniu kilku zdjęć dla rozluźnienia (fotka przy samochodzie utrzymana w stylizacji Mirek Handlarz), udałem się do domu Panny Młodej. Emilka i świadkowa Patrycja czekały już na mnie, również zostawiły trochę detali ubrania Panny Młodej, które mogłem sfotografować.

Jak przyjechał Łukasz z Emilem, byłem w odpowiednim miejscu, z aparatem w ręku 🙂 Gdy zbliżał się czas wyjścia do urzędu, moje plecy po raz pierwszy powiedziały mi na ucho “panie fotograf, pan to kamieniami te zdjęcia robisz?”. Ale warto było dźwigać, duet w postaci aparatu ustawionego na reportaż, szerszy plan i drugiego, z obiektywem do detali, dawał mi dobre możliwości działania.

Zbliża się godzina ślubu, młodzi wychodzą z domu, wsiadają w samochód, ja robię zdjęcia, następnie ja zdejmuję szelki, wsiadam w samochód, jadę na wskazane miejsce do zaparkowania, zakładam szelki, idę pod pałać ślubów w Mławie, młodzi wysiadają, ja robię zdjęcia 🙂 Pierwszy moment, gdzie mocno przydałoby się być w dwóch miejscach na raz.

Akt drugi, piąta po południu

Do godziny 17:00 zostało około 20 minut, goście się zjeżdżają, witają się z Emilią i Łukaszem, ja korzystam z okazji do ładnych, niepozowanych zdjęć w naturalnym świetle.

Zostało mniej niż 10 minut, Państwo Młodzi, świadkowie i ja wchodzimy do środka. JAKIE PIĘKNE ŚWIATŁO Z OKIEN! Ciepłe, miękkie, padające pod niemal rembrandtowskim kątem na wszystkich zebranych, skontrowane odbiciem od jasnych ścian pomieszczenia… Hjuston, mamy to 🙂

Goście wchodzą do środka, ja łapię detale. Miejsc już nie ma, goście dalej wchodzą, staram się sfotografować te osoby do których za chwilę nie będę mógł przejść. Wszyscy się zebrali, pojawiła się pani urzędnik, która ma udzielić ślubu, ja zapytałem dyskretnie, czy mogę korzystać z flasha, no problemo panie Maćku, ceremonia się rozpoczęła. Starałem się balansować pomiędzy byciem wszędzie, a nie zwracaniem na siebie uwagi. Ciężkie zadanie, ale staram się w trakcie nie przechodzić na drugą stronę sali. Mam nadzieję, że nie przegiąłem w żadnym kierunku. Zdjęcia wychodzą piękne, już to widzę na ekranie z tyłu aparatu 🙂

Przemowa, obrączki, podpisy, uśmiechy, uronione łezki, emocje. Choć tempo nie jest pospieszne, to utrwalenie chwili trzeba robić sprawnie, obsługi sprzętu trzeba być pewnym, w tym momencie nie będzie powtórek, nikt na mnie nie zaczeka, nikt nie założy obrączki po raz drugi, bo pan fotograf nie raczył dekielka z obiektywu zdjąć lub sobie źle poklikał w aparat.

Młode małżeństwo stoi przed salą wypełnioną ważnymi dla nich ludźmi, którzy biją brawo 🙂

Po kilku zdjęciach wychodzę pierwszy na zewnątrz, aparat w trybie zdjęć seryjnych, staję przed schodami, fotografuję moment wyjścia z urzędu.

Następnie są życzenia, na których starałem się ująć jak najwięcej osób, chciałem aby na zdjęciach był każdy, a niektórzy na weselach mało tańczą i na parkiecie moglibyśmy się nie spotkać.

Po życzeniach młodzi wraz ze świadkami wchodzą do samochodu, ja idę na parking dla gości, po drodze ustawiam nawigację na salę, przy samochodzie zdejmuję szelki już bez odpinania od nich aparatów, wyganiam osę z auta, która nie chciała się do LPG dorzucić, wsiadam, odpalam, ruszam, jadę, na czerwonym świetle przegryzam batona energetycznego i popijam kawą, jestem na miejscu, parkuję, otwieram bagażnik, zarzucam na siebie szelki, biorę plecak, torbę na aparat, statyw, walizkę z mocną lampą, zamykam samochód, wchodzę na salę, manager daje mi pilota do oświetlenia (poznał, że ja to ten od zdjęć), bardzo szybko ogarniam salę wzrokiem, wchodzę na antresolę i na niej postanawiam dać mocną lampę, rozkładam statyw, przytwierdzam go dla pewności taśmą do podłogi, wkręcam lampę na mocowanie, mocowanie na statyw, kieruję to na parkiet, uruchamiam, klikam test na lampie na aparacie, żeby sprawdzić synchronizację, schodzę na dół, wychodzę na zewnątrz, bardzo szybko oddycham.

Akt trzeci, świętujemy udany akt drugi

Korzystając z drobnej przerwy w tekście, jaką jest nowy nagłówek, pozwolę sobie wtrącić jedno przemyślenie, pisane z perspektywy czasu, w którym jestem na etapie obróbki zdjęć. Praca fotografa ślubnego to jest orka. W dniu ślubu dzieje się bardzo dużo i wbrew pozorom – bardzo szybko. Trzeba robić dobre portrety, trzeba robić dobre zdjęcia reportażowe, umieć wychwycić detale. Trzeba zwracać uwagę na masę ludzi, których widzi się pierwszy raz w życiu, bo ślub i wesele to nie tylko państwo młodzi, świadkowie i rodzice, każdy gość został tu wybrany i zaproszony, każdy jest ważny. Przez kilkanaście godzin trzeba być mega zorganizowanym człowiekiem, wyprzedzać wydarzenia. Nigdzie w tym tekście nie poruszam technicznych rzeczy, ale jest ich masa – ustawienia ekspozycji w aparacie, dobór ogniskowych, przysłony, pilnowanie balansu bieli, stanu baterii, miejsca na kartach pamięci, wszystko na dwóch aparatach, praca z lampami, które przegrzewają się po intensywnym używaniu. Nie wspominam też o tym ile trzeba zainwestować, żeby w ogóle myśleć o zrobieniu reportażu na dobrym poziomie technicznym. Emocje na zdjęciach są najważniejsze, ale jednak lepiej, jak nie zasłania ich duży szum lub słaba ostrość. Nie wspominam tutaj też o czasie, który zajmują zabezpieczenie zdjęć po ich zrobieniu, selekcja, obróbka i inne rzeczy, których klient nie widzi. Ja bardziej doceniam teraz pracę fotografów ślubnych i chylę czoła tym, którzy głównie w ten sposób zarabiają na życie.

W skrócie – jeżeli przeliczasz stawkę fotografa na czas od jego przyjazdu do odjazdu, wychodzi ci sporo PLNów na godzinę i uważasz, że stawka jest haniebna za zwykłe cykanie fotek, bo przecież to można telefonem zrobić, to albo się mylisz, albo spotkałeś się tylko z kiepskimi fotografami, którzy się nie przykładają.

O czym to ja pisałem… a, wesele 🙂

Wychodzę na zewnątrz, młodzi przyjechali, idealnie, aparat włączony, ustawiony, sala przygotowana. Kilka zdjęć jak idą, trochę więcej jak pojawili się rodzice, chleb i sól 🙂

Na sali zespół wita wszystkich, obsługa podaje młodym dwa kieliszki, ja przestawiam aparat w tryb seryjny. Kilka sekund, patrzę w ekran – jest, zdjęcie z kieliszkiem w powietrzu.

Kilka minut przerwy przed pierwszym tańcem wykorzystałem na zawołanie Patrycji i zrobienie 3-4 zdjęć na parkiecie, żeby ustawić sobie wszystkie parametry zanim pojawią się Emilka i Łukasz. Świadkowa, jesteś nieoceniona, dziękuję! 🙂

Pierwszy taniec okazał się jedną z trudniejszych rzeczy. Trwa krótko, jest niepowtarzalny, a ja zdecydowałem się na wyłączenie części świateł na sali, żeby nie psuć nastroju jaki próbował stworzyć zespół, bazowałem mocno na moim świetle błyskowym. Udało się, ale łapanie ostrości było ciężkie, aparat mocno się gubił chwilami, kilka zdjęć zrobiłem na ręcznej ostrości.

Zespół zaprosił wszystkich na jednego, to był mój moment na złapanie oddechu. Poszedłem na antresolę, gdzie jego członkowie już siedzieli, przywitałem się z nimi, zmieniłem kartę pamięci w aparacie, włożyłem trzecią baterię, namierzyłem gniazdko i wpiąłem swoje ładowarki, zmieniłem szelki na pasek z jednym aparatem, zjadłem coś, napiłem się, skorzystałem z łazienki.

Później było już spokojniej. Było “gorzko”, był tort, podziękowania, a na koniec oczepiny, po których, zgodnie z umową, serdecznie podziękowałem, złożyłem życzenia, na które nie było wcześniej czasu, pożegnałem się i dostałem małe co-nie-co na odjazd, bardzo miło 🙂

Czas pomiędzy tymi wydarzeniami to było dużo łapania zdjęć gości w tańcu, ukradkiem robione zdjęcia ludzi, którzy wyszli się przewietrzyć, porozmawiać, mini-plener, przy ścianie pięknie porośniętej bluszczem. Ja co jakiś czas wynosiłem pełne karty pamięci do samochodu, zmieniałem położenia lampy błyskowej na sali.

Odpocząłem dopiero w samochodzie, podczas dwugodzinnej jazdy do domu. Nigdy na żadnym weselu się tak nie zmęczyłem, ale endorfiny, adrenalina i poczucie, że dałem radę, były silniejsze.

Jestem bogatszy o masę doświadczeń, mam nadzieję, że nie będę długo czekać, żeby z nich skorzystać i zrobić kolejny reportaż ślubny 🙂

Dodaj komentarz