Sony A99 – krótka recenzja

Tło opowieści

Niedawno robiłem swój pierwszy reportaż ślubny (o czym dużo więcej niedługo) i starałem się bardzo rzetelnie do niego przygotować.

Zadbałem o światła (o czym również osobny artykuł niebawem), dokupiłem szybkie karty SD, dodatkowe akumulatory do aparatu, szelki na dwa body, złożyłem komputer (tu też czeka szkic wpisu). Uznałem, że nie mogę polegać na tylko jednym aparacie (nadmiarowość, niezawodność, profesjonalność), to jeszcze nie jest moment w którym powinienem kupić kolejny, więc podjąłem decyzję o wynajmie.

Bardzo zależało mi, żeby był to aparat w systemie Sony z bagnetem A, żeby dzielił obiektywy i akumulatory z moim A68. Wymogiem była też pełnoklatkowa matryca, chciałem parze młodej oddać zdjęcia w jak najlepszej jakości i mieć porządny start do portfolio ślubnego.

Znalazłem jedną wypożyczalnię w Warszawie, gdzie był jeden aparat w tym systemie – Sony Alfa SLT-A99 oraz jeden jasny obiektyw 24-70mm f/2.8 z bagnetem Sony/Minolta A. Bardzo przystępna cena, wypożyczenie poszło bez żadnego problemu, bardzo się ucieszyłem, że się udało, bo to jednak wymierający system.

Pierwsze wrażenia z użytkowania

Korzystając z długiego weekendu, zapłaciłem za wypożyczenie weekendowe, a aparat miałem od środy do poniedziałku. Miałem czas, żeby ustawić sobie wszystko tak, jak lubię, zrobić kilka zdjęć testowych, sprawdzić wszystko dwa razy przed spakowaniem się na zlecenie.

W pierwszej chwili byłem zachwycony, sprawność na wyższych ISO jest nieosiągalna dla mojego aparatu z matrycą APSC. Obiektyw zmiennoogniskowy ze światłem f/2.8 daje piękne rezultaty, wpuszcza dużo światła, nie muszę wybierać, czy ograniczyć się do 50mm, czy do ciemnej przysłony mojego zooma. Wszystko pięknie, wszystko super.

Pierwsze minusy jakie zobaczyłem od razu to przede wszystkim waga – pełnoklatkowy jasny obiektyw z zoomem waży DUŻO. Odczuwalnie. Po nałożeniu na body jeszcze mocnego flasha uzyskałem dobry czołg do noszenia. Ale to nic, i tak powinienem dbać o tężyznę, dam radę 🙂

Drugi to punkty autofocusa. Przyzwyczaiłem się do mojego taniego aparatu, który ma ich bodajże 79, pokrywają większość kadru. Pomimo tego, że A99 jest z dużo wyższej półki, jest też konstrukcją starszą i punktów autofocusa jest zaledwie 12 i są ściśnięte dość blisko środka kadru. Ok, no dobrze, to trochę zmienia, ale dam radę pomyślałem.

Trzecia rzecz o której nie pomyślałem wcześniej – to jest pełna klatka, a ja mam cropa. I cały misterny plan dzielenia obiektywów trochę się załamał, bo jak podłączyłem obiektyw z mojego aparatu do wypożyczonego, to aparat wszystko poprawnie rozpoznał rozpoznał i ściął rozdzielczość zdjęcia odpowiednio, żeby ukryć to, czego przez ten obiektyw aparat nie wdzi. Cóż… przynajmniej baterie są kompatybilne w 100%, a wypożyczony obiektyw wydaje się być super, pewnie i tak tylko z niego będę korzystać.

Test w boju

Przyszedł ten dzień, pojawiłem się w umówionym miejscu, założyłem obiektywy, lampy, powiesiłem aparaty na szelkach, a szelki na sobie, poprawiłem niezbyt gęstą fryzurę i wjechałem w zadanie na pełnej.

Nie będę tu robił narracji do całego wydarzenia, napiszę tylko, że ponad 90% zdjęć zrobiłem zestawem A99 + obiektyw 24-70, a zdjęcia detali moim A68 z obiektywem 50mm F/1.7, było to na tyle uniwersalne połączenie, że dało radę.

Największą wadą jaka wyszła w trakcie imprezy to autofocus aparatu. Pełen automat często celował w ściany w tle. Automat z wyborem punktu nie zawsze chciał złapać w tym punkcie ostrość. Kilka razy zdarzyło mi się, że aparat w ogóle nie łapał ostrości na obiekty dalsze niż około 1-2m, pomagał szybki restart. Mam wszystkie ujęcia, które chciałem, ale mam też bardzo dużo zdjęć kompletnie nieostrych lub z ostrym tłem. Na szczęście problemy nie pojawiały się w kluczowych momentach ślubu i wesela.

Plecy dużo wcześniej niż się spodziewałem dały mi znać, że zestaw ,który zawiesiłem na sobie waży dużo. Przy fotografowaniu przyjęcia przerzuciłem się z podwójnych szelek na pasek z jednym aparatem.

Nie wiem, czy to wina przyzwyczajeń do innego body, wyrobionych mechanizmów, które za lekko chodzą, czy taka ergonomia aparatu, ale często przez przypadek przymykałem przysłonę kciukiem (chyba, że aparat to robił sam) i musiałem tego pilnować przez cały czas, czy ujęcie, które chcę złapać na F/2.8 nie jest na F/8.

Na szczęście są też spore plusy, przede wszystkim jakość zdjęć. Część zrobiłem na zakresie ISO, którego w życiu bym nie użył w moim A68 z powodu szumu jaki był dostał, a na A99 wyszły wyraźne i ostre. Są to ujęcia, których moim aparatem nie byłbym w stanie wykonać w zadowalającej mnie jakości i samo to rekompensuje wszystkie problemy jakie napotkałem.

Mowa końcowa

Gdyby nie problemy z autofocusem, byłbym w pełni zadowolony z aparatu i tekst byłby przychylniej dla A99 napisany. Rzeczy takie jak kompatybilność moich obiektywów, czy waga szkła wypożyczonego to coś, co albo przewidziałem, albo powinienem przewidzieć.

Finalnie efekty pracy mnie zadowalają, aparat nie zepsuł mi niepowtarzalnych ujęć, dał mi jakość, jakiej bez niego nie mógłbym uzyskać oraz pewność, że w razie czegokolwiek mam dwa aparaty, ale była to moja pierwsza i prawdopodobnie ostatnia styczność z A99. Gdybym cofnął czas, to nie patrzyłbym na kompatybilność z obiektywami, które mam, a szukałbym wypożyczalni z Sony A7, najlepiej 3. generacji i wykorzystał nowszą konstrukcję. Tak pewnie będę robić na kolejnych zleceniach, dopóki nie dozbieram na własny egzemplarz 🙂

One Reply to “Sony A99 – krótka recenzja”

Dodaj komentarz